Koszmar zakupowy

czwartek, 24 września 2009

W związku z tym, że ostatnio złapałam jakiegoś doła i napadł mnie brak kreatywności, uznałam, że najwyższy czas wywalić swoje żale związane z nieostanikowaną przeszłością.

W tym celu cofniemy się jakieś dwa lata i dalej, do czasów, w których załamywała mnie, jako małobiuściastą, większość kobiet hojniej obdarzonych przez naturę lub grono osób takowe kobiety preferujące. Jednakże na razie spuszczę zasłonę milczenia na cywili i skupię się na armii pseudoekspedientek.

Mając lekką obsesję na punkcie bielizny, nie mogłam się zadowolić jednorazowymi zakupami na kilka lat, tym samym odwiedziłam wiele różnorodnych sklepów. Rozpoczynamy więc wycieczkę po bieliźniakach z dalszej i bliższej przeszłości.

Dawny rozmiar: "małe" 70B

Start:

Wchodzę do sklepu. W spojrzeniu kobiety za ladą już widzę wszechwiędzę i mądrości tego świata. Na szczęście mimo biuściastego zakompleksienia, czuję się pełnoprawną klientką i oglądam to co mi wpadnie w oko. Inne oko cały czas mnie pilnuje i tylko czekam, aż padnie sakramentalne...

-W czymś mogę pomóc?

Oczywiście odpieram standardowo:

-Dziękuję, na razie oglądam.

Kobieta-mentor jest jednak niestrudzona. Przyczłapuje do mnie i łypie na moje prawie-płaskie-krągłości.

-75A?

No proszę. Kobieta-mentor ma miarkę w oczach, która nie opiera się nawet takim przeszkodom jak mój gruby, jeszcze bardziej pomniejszający sweter.

-Nie. 70B. - automatycznie wypinam piersiątka w stronę jej mentorskiego cyca.

-Na Ciebie dziecko to raczej A. - kiwa współczująco. Mnie zdążyła już rozboleć głowa od jej fhancuskiego perfuma, którego oparami jestem zmuszona oddychać, gdy mentorski cyc pochyla się nade mną i kontynuuje - Tak właściwie, to mam tu takie małe staniczki, w sam raz dla Ciebie. - to mówiąc pokazuje mi dziecięce zerówki w miśki czy inne truskawki, a ja pragnę pożyczyć od kogoś biust i ją nim znokautować.

-Na razie dziękuję. - uśmiecham się przepraszająco i wycofuję swoją małoletnią personę ze sklepu.

 

Kontynuuję swą podróż i wpadam na bazarek z chińszczyzną. Tu przynajmniej brakło mentorskich cyców. Sprzedawczyni jest niższa ode mnie i w ogóle się mną nie interesuje. Panie cóż za ulga!

Spoglądam na metki. 32, 34, 36. Na niektórych nawet są oznaczone miseczki! Z trudem odnajduję 32B i przymierzam... Na bluzkę. Uznaję za pasujący, pytam "ile?", słyszę "pietnacie" i już cieszę się nowym nabytkiem. W domu co prawda stwierdzam, że ładnie wygląda na klacie i nic więcej, ale co ma stanik robić z czymś, czego praktycznie nie ma?

 

Krok dalej. Zaczynam interesować się marką T, a w niedługim czasie również dla niej pracować (na szczęście w późniejszym czasie miałam okazję pracować z normalnymi markami ;)). Zachwycam się nowościami, przeglądam katalogi i wzdycham bez wzajemności do koronkowych cudeniek, które mogą pasować tylko na czymś, co widać z przodu. Co i rusz przymierzam nowości, na które przyznano mi stałą zniżkę, a po znajomościach mogę mieć pięć razy taniej. Któregoś dnia patrzę na instrukcję mierzenia, wiszącą w przebieralni T. Zaskoczona, ze śmiechem, krzycę do koleżanki:

-Słuchaj, z tego wynika, że ja powinnam mieć miseczkę D albo co najmniej C!

-Chyba żartujesz! - oburzona podchodzi do mnie z miną, wskazującą na wysoką irytację i zniesmaczenie. No tak, płaska sobie coś ubzdurała. Przepraszającym wzrokiem pokazuję tylko na kawałek papieru, który bełkocze coś o różnicach między obwodami. Decyduję, że już nie będę mówić takich rzeczy, bo przecież płaska-niemowa, a płaska-z-dziwnymi-wyobrażeniami-o-własnej-klacie to zupełnie co innego. Współpraca z T. i tak niebawem się kończy.

 

Zakupów ciąg dalszy. Wchodzę do dużego bieliźniaka, gdzie witają mnie groźnym wzrokiem starsza z większym biustem i młodsza z małym, acz i tak duuuużo większym od mojego. Bardzo podoba mi się koronkowy biustonosz i tylko nieśmiało na niego zerkam, ale zaraz dopada mnie starsza:

-W czymś Pani pomóc?

-Dziękuję, tak tylko się rozglądam. - to nie wystarcza. Młodsza zauważa moje zainteresowanie koronkami i zaraz podchwytuje.

-Tu mam coś dla Pani - pokazuje na nieźle gąbkowane staniki. Nie mam nic przeciwko, ale nie lubię tych dziobowych szwów, zerkam raz jeszcze w stronę koronek - proszę Pani to nie będzie na Pani małym biuście dobrze wyglądać. Jak się ma małe piersi to trzeba chodzić w push-upach.

Przyznaję jej rację, no bo co? Koronek się małobiuściastej zachciało? Hehe, dobre.

 

Wlokę się dalej ze swoimi kompleksami, wchodzę do kolejnego, już otwieram usta...

-Na takie piersi to my nic nie mamy. Nie chciała Pani powiększyć?

Zamykam usta. Wychodzę.

 

Uświadamiam się, zamawiam w niedowierzaniem swoje 60DD i 60E. MIĘKKIE. PRZEZROCZYSTE. I co najlepsze PASUJĄCE. Kompleksy bledną, a ja się zachwycam.

 

Jakiś czas później wyzuta z wszelkich kompleksów wchodzę do luksusowego punktu z bielizną. Proszę o nowy rozmiar, dostaję, już jestem zadowolona, gdy słyszę:

-Jeszcze tylko dołożymy gąbeczki.

I w myślach przewijają mi się wszelkie możliwe tortury jakimi mogłabym uraczyć drogą ekspedientkę ;]


 

Mały biust zasługuje na koronki i wszelkie inne stanikowe cudeńka, tak samo jak duży czy średni. Ważne by Tobie się podobały i byś Ty czuła się w nich swobodnie :) Warto polubić swój biust niezależnie od rozmiaru.

A wtedy czekają nas już tylko duuuże zakupy ;)